Obecna
sytuacja wymusiła na sprzedających (zarówno deweloperach jak i osobach
fizycznych) konieczność skorygowania cen ofertowych, a co za tym idzie
także i transakcyjnych. Dlaczego nie skorzystać więc z „promocji” i
zmienić mieszkania na większe lub może od razu rozważyć zakup czy też
budowę domu. Dodatkowym argumentem zachęcającym do takich posunięć może
być fakt, że ilość mieszkań na rynku - szczególnie nowych - jest
ograniczona (podejście inwestycyjne). To prawda, że dookoła wciąż
słyszymy, ile to w ostatnich kwartałach zostało oddanych nowych
mieszkań do użytku. Zwróćmy tylko uwagę, że są to kończące się
inwestycje, rozpoczęte na fali boomu budowlanego z roku 2006.
Inwestycji rozpoczętych w ostatnim roku ze świecą szukać. W końcu
zasoby te muszą się wyczerpać. Fachowcy szacują, ze potrwa to od
półtora do trzech lat. Jak łatwo się domyślić, gdy popyt przewyższy
podaż, nastąpi nagły wzrost cen mieszkań. To zwykły cykl
koniunkturalny, tylko u nas trochę krótszy.
Dla tych, którzy maja więcej czasu, lepszym rozwiązaniem może
okazać się budowa nowego domu. Skorzystamy na niskich cenach materiałów
budowlanych i robocizny. Minęły już czasy, kiedy popyt na nie był
napędzany przez deweloperów i obserwowaliśmy podwyżkę za podwyżką.
Co więc stoi na przeszkodzie, aby skorzystać z okazji i
zainwestować? Dla osób bez kredytu prawdopodobnie nic, ale co z
osobami, które - aby nabyć kolejną nieruchomość - muszą sprzedać tę,
którą wcześniej nabyli, wspomagając się pomocą banku. Tu już sprawa nie
jest taka prosta. Głównie za sprawą deprecjacji naszej waluty i wzrostu
poziomów marż w bankach. Pieniądz stał się dużo droższy. Wzrosło też
zadłużenie niektórych kredytobiorców. Pozbywając się nieruchomości, nie
stracą posiadacze kredytów w naszej rodzimej walucie. Dla osób, które
zaciągały kredyty walutowe gdy złotówka była bardzo silna, spłata
takiego zadłużenia niekoniecznie musi się opłacać. W wielu przypadkach
bowiem obecne zadłużenie znacznie przekracza kwotę pożyczoną, a czasem
nawet wartość nieruchomości, na którą kredyt był brany. W takim
przypadku, przymierzając się do zmiany takiego mieszkania, należy
poszukać kredytu o podobnych, lub najlepiej identycznych parametrach do
tego, który obecnie spłacamy. Lepszych od tych sprzed roku, dwóch lat
ciężko będzie znaleźć. Znacznie lepszym rozwiązaniem niż sprzedaż byłby
wynajem. Pozbylibyśmy się obciążenia związanego z kredytem (wynajmujący
spłaca), a także otrzymalibyśmy dodatkowe źródło dochodu, dzięki czemu
stalibyśmy się bardziej wiarygodni podczas ubiegania się o kolejny
kredyt. A ze sprzedażą możemy poczekać na „lepsze czasy”, gdy ceny
wzrosną, a złoty się umocni.
W trochę innej sytuacji są ci, których kredyty były uruchamiane po
kursach walut wyższych od obecnych. Dla nich zamiana kredytu może być
teraz bardzo opłacalna.
Jeżeli ktoś rozważa spłatę starego i zaciągnięcie nowego kredytu,
powinien dokładnie policzyć związane z tym koszty. A nie jest ich mało.
Prowizja za spłatę, prowizja za udzielenie kolejnego, opłaty związane z
wykreśleniem i wpisaniem hipotek, koszty ustanowienia nowych
ubezpieczeń. No i jeszcze tak znienawidzony ostatnio spread . Wszystko
to powinno być wkalkulowane w koszty inwestycji, abyśmy się nie
rozczarowali efektem naszych działań.
W ostatnich miesiącach najlepszą okazją na posiadanie większego
lokum bez konieczności zwiększania raty kredytu jest skorzystanie z
rządowego programu „Rodzina Na Swoim”. Dzięki niemu państwo dopłaca
maksymalnie połowę kwoty odsetek w ciągu pierwszych ośmiu lat okresu
kredytowania. Może to pozwolić na posiadanie identycznego metrażu
mieszkania przy dużo mniejszym obciążeniu miesięcznym, lub też możemy
kupić większe lokum przy zachowaniu dotychczasowej wysokości raty. Aby
było to jednak możliwe, w momencie ubiegania się o kredyt preferencyjny
nie możemy być właścicielami poprzedniej nieruchomości.
Na koniec nie pozostaje mi nic innego jak tylko życzyć wszystkim dobrych inwestycji i wysokich stóp zwrotu.
Autor: Krzysztof Bontal, doradca finansowy Domu Kredytowego NOTUS
Źródło: Domu Kredytowego NOTUS, oddział w Olsztynie 2009-07-21